5 : 0
Wprawdzie nie mam nic przeciwko kameralnym stadionom, to jednak wizyta na takim gigancie jak Allianz Arena ma swój niepowtarzalny smak. Ścisk przy wejściu na stację Marienplatz, ścisk w wagonie metra, ścisk na stacji Frottmaning, tłumy ciągnące na stadion ze wszystkich stron świata. A to wszystko po to, żeby zobaczyć, jak dwudziestu dwóch facetów ugania się za piłką – fenomen futbolu w dalszym ciągu jest porażający.
Mimo ponad 70-tysięcznego tłumu, wejście na obiekt odbywa się sprawnie, a każdy wchodzący jest obszukiwany – aż mi się żal zrobiło spoconego jak świnka morska pracownika ochrony, który z godną podziwu rzetelnością wykonywał powierzone mu zadanie. Do swojego sektora trafiliśmy łatwo, sposób oznakowania miejsc na Allianz Arena jest wyjątkowo przejrzysty. Usiedliśmy w dolnej strefie trybuny, na wysokości linii środkowej boiska – miejsca wręcz wymarzone.
Faworyt spotkania był jeden – aktualny mistrz Niemiec, klub z wielką historią i jeszcze większymi aspiracjami, kontra borykające się od początku sezonu z problemami Wilki ze stajni Volkswagena. Końcowy wynik to jednak kompromitacja przyjezdnych, którzy bądź co bądź mają w swoim składzie takich graczy jak Benaglio, Rodriguez, Bruma, Caligiuri, Gomez oraz nasz Kuba Błaszczykowski. Z dużych nazwisk nie grał tylko Draxler, co nie zmienia postaci rzeczy – na boisku w Monachium pojawiła się ubrana na biało-zielono grupka przestraszonych chłopaków. Zawiódł zwłaszcza Gomez, który jest cieniem samego siebie z ubiegłego sezonu, w którym strzelił dla Besiktasu 26 bramek. Kuba zagrał poprawnie, ale niczym szczególnym nie zachwycił – pewnie żałuje, że trafił do teoretycznie stabilnego zespołu, któremu ni stąd ni zowąd zagraża spadek z 1. Bundesligi. Aż trudno uwierzyć, że Wilki zdobyły w sezonie 2008/09 tytuł mistrza Niemiec, a rok temu Superpuchar kraju.
Robert Lewandowski tym razem nie błyszczał, ale swoje zrobił – dwie bramki to zawsze cenna zdobycz, tym bardziej że przez jakiś czas cierpiał w meczach klubowych na strzelecką niemoc, a nikt nikomu nie musi tłumaczyć, pod jak wielką presją ze strony kibiców, działaczy i mediów kapitan reprezentacji Polski od dawna się znajduje. Bayern wyszedł składem prawie eksperymentalnym, nie spodziewaliśmy się zobaczyć od pierwszej minuty i Ribery’ego, i Robbena. Ten drugi otworzył wynik po klasycznej dla siebie akcji: przyjęcie piłki w pobliżu narożnika pola karnego, zejście do środka, strzał z lewej nogi w długi róg – to wizytówka Holendra. W dalszym ciągu razi jednak samolubny sposób gry i powielanie schematów – w użyciu jest wyłącznie lewa noga, w przypadku konieczności użycia prawej wkrada się widoczna panika – to niesamowite, że tak wielu lewonożnych piłkarzy mogłoby z powodzeniem odkręcić sobie prawą nogę, gdyby nie konieczność zachowania równowagi…
14. kolejka Bundesligi okazała się pomyślna dla Bayernu nie tylko ze względu na własne zwycięstwo. Pierwszą porażkę w sezonie zaliczył RB Lipsk (0:1 na wyjeździe z ostatnim Ingolstadt), dzięki czemu Bawarczycy powrócili na fotel lidera. Żaden inny klub z czołowej ligowej siódemki nie zdołał wygrać meczu, a porażka Herthy u siebie 0:1 z Werderem to wręcz sensacja.
Po ostatnim gwizdku Bawarczycy stawili się w komplecie pod Sued Tribune, którą okupują klubowi „ultrasi”. Po odtańczeniu obowiązkowych rytmów nadawanych przez brać kibicowską można było udać się w drogę powrotną do centrum miasta, które odświętnie przystrojone robi duże wrażenie.
Wielki stadion, wielka drużyna – taką groundhoppingową przygodę mieliśmy nadzieję znaleźć pod choinką…