


Kibice Grêmio przez lata mieli dość osobliwy sposób świętowania goli. Po bramce tysiące ludzi z sektora Geral ruszały biegiem w dół trybuny, w stronę murawy. Całość nazywano Avalanche i rzeczywiście bardziej przypominało to lawinę niż zwykłą stadionową radość.
Kiedy Grêmio przenosiło się ze starego Olímpico na nową Arenę, pomyślano nawet o tym, żeby tradycję zachować. Przygotowano sektor stojący, po którym kibice nadal mogli zbiegać po golach. Pomysł przetrwał jednak bardzo krótko.
W 2013 roku, podczas meczu Copa Libertadores z LDU Quito, po bramce Elano ruszyła kolejna Avalanche. Tym razem bariera na dole trybuny nie wytrzymała naporu tłumu i część kibiców wpadła do fosy. Kilka osób zostało rannych, a wkrótce potem na trybunie pojawiły się zabezpieczenia skutecznie kończące tę tradycję.
Sześć lat później siedziałem na tym samym stadionie podczas meczu Grêmio z Libertadem. Avalanche już zobaczyć nie mogłem, choć tego wieczoru nie miałoby to większego znaczenia. Grêmio gola nie strzeliło.
Jedyną bramkę zdobył w doliczonym czasie pierwszej połowy Antonio Bareiro i Libertad wygrał 1:0. Gospodarze mieli więc sporo czasu, żeby coś z tym zrobić, ale najwyraźniej tego dnia bardziej brakowało im gola niż dawnej lawiny.


